piątek, 17 lipca 2015

Moje powojniki

Moja droga ku powojnikom była długa i wyboista, najpierw zakochałam się w powojnikach włoskich i bylinowych, bo takie proste, bezpretensjonalne w swojej urodzie a co ważne nie chorujące na uwiąd. Różnie z nimi u mnie bywało, sadziłam je w miejscach zalecanych czyli koło wyższych drzew ,wszelkich murów i ogrodzeń, bo w każdej literaturze podają że będą się świetnie wspinać. Co tu dużo mówić , straciłam ich mnóstwo, trochę przez moje podejście do roślin,  bo uważam że jak posadzę i dobrze podleję a miejsce jest dobrze wybrane , to roślina sama musi dać sobie radę, ale radę dawały sobie różnie .Wielokrotnie psy akurat to miejsce gdzie rosła jakaś ciekawa roślinka zdemolowały w pogoni za kretem, myszą czy szczurem, - i tak zakończyła żywot moja piękna, imponujących rozmiarów Romantika, tworzyła na tuji Brabant, czarny welon, ale po takim rejwachu jakie psy potrafią zrobić nie miała szans, zwłaszcza co ważne taka potężna powojnikowa ściana często wychodzi z ziemi jako 2 nitki, które później tam na górze się  rozrastają ,  tworząc potężne,  kwiatowe welony.
Potem przyszedł czas powojników górskich Clematis montana- całkowita porażka, -po jednym maju kiedy zakwitł C.montana Elisabeth i powałił mnie na kolana- po następnej zimie już go nie było, czyli tak jak w literaturze podają , niezbyt mrozoodporny.
Dwa razy z ta grupa próbowałam -Elisabeth i ciemnolistna Freda, dwa razy , bo chciałąm mieć pewność , ze to nie przypadek, że przepadły.
Potem były bylinowe powojniki rurkowate np Cassandra, piękne , pachnące, dobrze zimujące i do tego bezobsługowe -Cassandrę  psy zniszczyły a Clematis stans , który przywiozłąm sobie od Westpfala, regularnie zarasta bluszcz i wciąż muszę go odsłaniać , ale jak pachnie !!!! Drobniutki kwiatuszek a tyle silnego zapachu...
Nadszedł czas że do ogrodu zawitały C. texensis w różnych odmianach i wtedy chyba zrozumiałam co z nimi jest, jak trzeba się z nimi obchodzić aby przetrwały. Tak jak pisałam podstawy są bardzo niewidoczne , cienkie niteczki a zwłaszcza, wszystkie teksańskie i bylinowe, które wymagają wiosną cięcia do samej ziemi, wiosną obok całkowicie  suchych zeszłorocznych, wytwarzają nowe pędy, takie cienkie, i to tylko  parę sztuk, 2-3  które łatwo przeoczyć, łatwo zdeptać. Od tego momentu uważniej patrzyłam pod nogi w pobliżu powojników ....
Kolejne to Praecox i Robert Brydon - pierwszy pięknie ścielący  się po ziemi , tworzący dywan drobnych kwiatuszków , zaś Robert Brydon co roku wspina się na jodłę koreańską na 2 metry i do późnego lata tworzy zwisający welon. Oba wymagają całkowitego cięcia do ziemi, w ciągu sezonu wytwarzają pędy na parę metrów. Można i  nie ciąć , też będą kwitły.....
.



2 komentarze:

  1. Czyli odwrotnie jak u mnie ;-) Ale tez możliwe, że wrócę do wielkokwiatowych, jak do tego dojrzeję. Montana Marioje u mnie dopiero przeżyła pierwszą zimę, a ta była łagodna. Jestem ciekawa, czy z wiekiem są bardziej odporne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też jestem bardzo ciekawa, czekam na relację z następnej zimy, chociaż nie mam co się do Ciebie porównywać, bo mieszkamy w dwóch zupełnie różnych strefach klimatycznych.

      Usuń

A według mnie...