sobota, 12 września 2015

Wspomnienie o Dorusi -mojej wilczycy

Dora pojawiła się u nas pewnego deszczowego przedpołudnia 10 lat temu. Jechałam gdzieś i prawie pod koła wpadł mi pies, przyhamowałam i pojechałam dalej bo nie mogłam stanąć. Nie wiem co się stało ,ale powiedziałam do siebie, że jak będę wracać a pies będzie się dalej pałętał- wezmę go. A przecież mieliśmy w domu już parę psów, moja decyzja wydawała się szaleństwem...
Wracałam  a zmoknięty, ubłocony  pies dalej wchodził na jezdnię, Boże niewiele mysląc, wpakowałam się przed traktor, ryzykując kolizję, wyskoczyłam z samochodu, psa jakoś zwabiłam , zapakowałam do samochodu i jedną ręką kierując a drugą przytrzymując zwierzaka w miejscu gdzie normalnie są nogi pasażera- dojechałam do domu.
Wtedy dopiero uświadomiłam sobie skalę swojego szaleństwa , przestraszyłam się co dalej, czekała mnie jeszcze rozmowa z mężem, który każdego nowego psiaka niechętnie widział w domu ( z uwagi na koszty utrzymania), Aż nadszedł ten moment, że mąż przyszedł do domu na obiad, nie zauważając nawet ubłoconej kupki  psiego nieszczęścia , wykorzystując porę obiadową na załatwienie pilnej sprawy, w myśl starego przysłowia przez zołądek do serca, nie wiedząc  jak zagaić, wybuchnęłam -Jerzysiu !!! Ty mnie chyba zabijesz, !!! a na co mąż A co rozbiłaś auto? Nic z tych rzeczy- odpowiedziałam Na to on -jeśli nie auto, no to nic takiego złego ...Jeszcze zapytał; z setek ludzi tylko Ty zobaczyłaś tego psa, ale to raczej było stwierdzenie niż pytanie, bo trzeba wiedzieć, że Jerzyk kocha zwierzęta, ale i łoży na ich utrzymanie, co w dzisiejszych czasach nie jest prostym zadaniem.
Jeszcze z przerażenia tym co zrobiłam , napisałam nawet ogłoszenie , które na drugi dzień wycofałam bo już wtedy wiedziałam , że jej nikomu nie oddam, bo to była suczka, do tego długowłosa wilczyczka- od zawsze marzyłam o takim piesku.  Ale najważniejsze co zadecydowało o pozostawieniu jej w domu, że to było siedem nieszczęść, chudzieńka, przerażona- bałam się, żeby nie chciano jej na łańcuch albo jako psa stróżującego. A gdzież Dorusia ( bo już dostała swoje imię ) mogłaby być psem stróżującym, Dorusia która bała się własnego cienia....
Długo nad nią pracowałam, aby wróciła do normalności , do końca bała się podniesionego głosu, nie można było przy niej głośno i nerwowo mówić, bo zaraz uciekała z domu ( umiała sama sobie otworzyć drzwi , skacząc na klamkę) albo chowała się w kąt.
Spędziła u nas 10  lat aż do samego końca, mam nadzieje 10 dobrych lat...Jak przyszła miała prawdopodobnie ok 1 roku, tak myślę, bo na kuprze widać było jeszcze resztki szczenięcego futerka.
Zawsze wyglądała bardzo młodo, wszyscy klienci , nasi goście myśleli, że mają do czynienia z młodym psem,dopiero rok temu wyraźnie zobaczyliśmy upływ czasu, Dori wyraźnie się postarzała, co widać było po posiwiałym pyszczku, innym chodzie i po oczach które się zmieniły tak jakby zapadły...
Ale wciąż miała siły ,aby biegać wzdłuż ogrodzenia z sąsiedzkimi psami, wciąż nie miała ochoty przepościć jakiemukolwiek  ptakowi który się jej nawinął pod pysk-za żarcie by życie oddała.
Ostatnie 2 miesiące nogi zaczęły odmawiać posłuszeństwa, okazało się że ma  zwyrodnienia kręgosłupa, czasami  dostawała tabletki przeciwbólowe bo nie co dzień ze względu na żołądek.
Miała problemy gastryczne, mówiąc oględnie,  ale nic nie wskazywało na to, że to jej ostatnie dni...
Była słaba ale myśleliśmy, że to bóle kręgosłupa dają się  jej we znaki.
09 wrzesnia nie chciała jeść wieczorem, daliśmy jej podstępem  tabletki przeciwbólowe, została na dworzu, gdzie miała swoją ocieplona słomą budę, miała drugie letnie legowisko, lubiła nocować na dworze, gdyż aktywnie uczestniczyła w nocnym życiu wsi będąc na swoim podwórku.
10 września rano  znów nie chciała jeść,  a naszykowałam dla niej szczególnie dobra porcję...Nie chciała przyjść do domu, szukała odosobnienia, zaszyła się gdzieś w ogrodzie. chodziliśmy , szukaliśmy  jej , wołaliśmy , któryś raz z kolei przechodziłam te same miejsca aż za którymś razem znalazłąm ją na ścieżce, gdzie jeszcze przed chwilą jej nie było.
Wyszła do mnie resztkami sił, wymiliłam moja psinę, zawołałam męża ,aby z synem wzięli Dorusię do domu, niech  umrze w domu koło nas ,ale ostatecznie zadecydowaliśmy że położymy ją do jej nocnej budy( bo  normalnie zawsze dzień spędzała  w domu, buda służyła jej   tylko w nocy), otworzyłam dach  budy aby w  ostatnie chwile słoneczko popieściło ją jeszcze swoim ciepłem i tak moja( nasza) Dorusia  zakończyła swoja ziemską wędrówkę , odeszła od nas na zawsze...
Pochowaliśmy ją przy naszym ogniskowisku wśród moich ulubionych piżmówek, tak będzie zawsze z nami do końca....do naszego końca....


Gaśnie a wygląda jakby spała, przez chwilę miałam nadzieję, że to tylko chwilowa słabość, kiedy jej futro - ciało zrobiło się ciepłe ale to tylko słońce  dało to złudzenie.

Boże nie zawsze było z nią słodko !!!! ile roślin wykopała, ile ptaków złapała, z kotami miała na pieńku, w pogoni za myszami, szczurami czy kretami, potrafiła takie doły wykopać, ze nie zliczę ile roślin zniszczyła ale ostatecznie nie zawsze udało się polowanie.
Rano zawsze wiedziałam czy w nocy było kopanko, wtedy  nos miała żółty od piachu.
Ile razy uciekała w pola ciągnąc za sobą cała ferajnę, tego nauczyła się po Brolusi, jak długo nie wracała, czasami myślałam sobie ze złością, może nareście coś się stało, i będę miała wreście święty spokój !!!
A jak w końcu wracała to oddychałam z ulgą...
A jak cudownie przyjęła maleńką Malwinkę , i jak jej matkowała a z kolei Malwinka właśnie Dorusię wybrała z całej ferajny na swoja przyszywaną matkę .Zmuszała ją do iskania, Dori nie zawsze miała na to ochotę ale mała uparcie różnymi sposobami osiągnęła swoje

W ciągu tych 10 lat dorobiła się raz jeden szczeniąt z nieznanym kawalerem, potomstwo swe powiła 11 listopada, bardzo patriotycznie, na zdjęciu poniżej jej 2 córeczki Krati i Ferdka o płowym pyszczku, bardzo przypomina matkę tylko jest jaśniejsza



3 komentarze:

  1. Najszczersze wyrazy współczucia... Historia bardzo podobna do historii jednego z moich psów, mamy teraz po niej jej córkę... a w ogrodzie już cały cmentarzyk naszych psich i kocich przyjaciół. Czytając to wspomnienie mam łzy w oczach i myślę o tych wszystkich naszych futrzakach, które przewinęły się przez nasz dom. Przygarnialiśmy takie różne zabłąkane nieszczęścia, kochaliśmy, a potem niestety musieliśmy patrzeć jak odchodzą za Tęczowy Most... Przytulam Cię mocno, Małgosiu...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Małgosiu, dziękuję Ci bardzo za współczujące słowa i za uścisk.
      Niektórzy mówią to tylko pies, wiem i dlatego mogę sobie wyobrazić co czują rodzice po stracie dziecka, skoro po psie człowiek rozpacza ale pies z którym się żyje tyle lat po nim tez się płacze i smuci i jego też brakuje w codziennym życiu.

      Usuń
  2. Ja nie jestem psiara, nie mam i nigdy nie będę miała psa, ale rozumiem to wielkie przywiązanie i żal po stracie... Może dlatego na psa się nigdy nie zdecydowałam? Może boję się tej pustki po jego odejściu?

    OdpowiedzUsuń

A według mnie...